Zartwychwstanie

Noc i poranek zmartwychwstania były tajemnicą i zagadką od samego początku – i pozostają tajemnicze i zagadkowe także dzisiaj. Mimo dwóch tysięcy lat rozwoju dogmatyki, milionów książek teologicznych, niezliczonej ilości kazań, rekolekcji, katechez – nadal nie potrafimy zrozumieć, co i jak się wtedy wydarzyło. Z tą może różnicą, że te wielkie wydarzenia niezbyt nas już dziś interesują i nie przejmujemy się zbytnio pytaniem, jak to było możliwe. O wiele bardziej interesuje nas pytanie: jak dzisiaj żyć, jak dobrze zarobić, jak być szczęśliwym, jak uniknąć kłopotów. I nie zdajemy sobie nawet sprawy, jak te dwie sprawy – zmartwychwstanie sprzed dwóch tysięcy lat i nasze dzisiaj w roku 2017 – są ze sobą blisko powiązane. Tak na co dzień tego związku nie widać. Może się nawet wydawać, że ten, kto się zbytnio nie przejmuje wiarą, Ewangelią, przykazaniami, Kościołem – ma lepiej i łatwiej. Sumienie go nie ogranicza ani nie zakłóca spokoju, obowiązki religijne go nie obciążają, nie musi tracić czasu na msze ani odmawiać sobie golonki na Wigilię… Ale te wszystkie korzyści i plusy są tylko do czasu. Zakwestionuje je wszystkie i przekreśli śmierć, nawet, jeśli to będzie tylko śmierć znajomego czy sąsiada. Śmierć – bez zmartwychwstania – kwestionuje i przekreśla wszystko. Kiedy człowiek ma 30 lat, zdrowie, pieniądze i dobrą zabawę na każde zawołanie, może sobie ze śmierci żartować – przecież mnie to nie dotyczy! Umierają tylko starzy, chorzy, słabi, a ja jestem młody, zdrowy i waleczny! Co mi tam śmierć! Ja nie umrę! Ale po sześćdziesiątce mówi się to już z trochę mniejszym przekonaniem, a gdy człowiek zostaje nagle skierowany na tomografię albo rezonans, to już zupełnie mu nie do żartów. I wtedy nagle okazuje się, że w obliczu prawdopodobnej śmierci zmartwychwstanie ma znaczenie. Jak wtedy. Kiedy Jezus mówił swoim uczniom o swojej śmierci i zmartwychwstaniu, nie chcieli nawet tego słuchać, nie wierzyli w Jego śmierć i nie rozumieli, co by miało oznaczać to zmartwychwstanie. Kiedy jednak Jezus został osądzony i skazany, a potem okrutnie zabity, wtedy zmienili nastawienie. Niestety na gorsze. Najpierw uciekli, potem się Go wyparli, wreszcie pochowali się po ciemnych kątach i ze strachu, i ze wstydu. Śmierć Jezusa przypieczętowała ich rozpacz, ale też i pozbawiła złudzeń co do siebie i nauczyła sporo pokory. Wiele szczytnych wyobrażeń i oczekiwań legło w gruzach. Zobaczyli kim są naprawdę, bez retuszu. Zobaczyli, że bez Jezusa nie mają i nie mogą nic. Dosięgnęli dna. I właśnie to doświadczenie dna, kompletnej bezsilności i pustki jest potrzebne, by uchwycić się choćby najcieńszej nitki nadziei i docenić sens zmartwychwstania. Czy Maria Magdalena poszłaby w nocy do grobu, gdyby nie ta nieuchwytna i niesprecyzowana nadzieja? Czy odsunięty kamień i pusty grób zrobiłby na niej aż tak wielkie wrażenie, że pędem pobiegła do Piotra ze swoimi pytaniami – gdyby nie cień nadziei? W drodze miała czas, by sobie wszystko przemyśleć i uporządkować: zabrano Pana, grób jest pusty, gdzie Go mogli położyć? No przecież chyba gdzieś musi być położony, bo co innego mogłoby się z Nim stać? Kiedy człowiek tak pyta, to znaczy, że jakaś odpowiedź, albo chociaż pragnienie odpowiedzi już się w nim gdzieś rysuje… Piotr z Janem również musieli mieć jakieś przeczucia, bo wybiegli z domu natychmiast, nie trzeba im było dwa razy powtarzać. Ile sił w nogach popędzili do grobu, żeby zobaczyć, przekonać się, potwierdzić swoje intuicje, albo mgliste oczekiwania. I nie zawiedli się. Układ całunu i chusty nie pozostawiał żadnych wątpliwości, że to nie była jakaś mistyfikacja, prowokacja czy niejasny udział osób trzecich. To mogło być tylko zmartwychwstanie, o którym przedtem mówił Jezus. Wiedzieli to na pewno, choć nadal nie rozumieli, na czym miałoby polegać. Ale ich myślenie było już zupełnie inne. Wszyscy potrzebujemy takiego otarcia się o grób, które wyzwoli w nas wiarę w zmartwychwstanie, albo przynajmniej pragnienie, żeby było coś jeszcze oprócz grobu, żeby śmierć nie była ostatnim słowem. To właśnie w takich okolicznościach rodzi się prawdziwa wiara. Zdrowy i syty jej nie potrzebuje, poradzi sobie sam; kryzys i duchowy wstrząs otwiera na Boga, a przynajmniej skłania do poważnej refleksji. Ale jeszcze lepiej, gdybyśmy ze swoimi przemyśleniami, nawróceniem i decyzją wiary nie czekali aż do trwogi śmierci. Wtedy jest to ostatnia deska ratunku, wyjście awaryjne na godzinę najwyższego zagrożenia. Czyż nie lepiej przemyśleć sobie i przekalkulować swoje szanse i perspektywy ostateczne na spokojnie, gdy jesteśmy zdrowi i wszystko się dobrze układa? Mamy do dyspozycji prawie dwa tysiące lat historii i świadectwa wiary niezliczonych pokoleń chrześcijan, mamy żywą wspólnotę Kościoła, słowo Boże, sakramenty, literaturę religijną. Zróbmy z tego wszystkiego użytek, a zmartwychwstanie będzie dla nas nie tylko ostatnim ratunkiem na godzinę śmierci, ale także siłą na udane życie. Życie, w którym aż się będzie chciało zawołać: Alleluja!

 [1] 

Powrót

Święta

Niedziela, XXIX Tydzień zwykły Rok A, I Dwudziesta dzi

Liturgia słowa

Czytania:

  • Ewangelia:

Licznik

Liczba wyświetleń strony:
42846

Dzisiaj jest

niedziela,
22 października 2017

(295. dzień roku)

Zegar